Przypomnijmy, że w zeszłym roku doszło do usunięcia z najwyżej położonego całorocznego schroniska w Tatrach Petra Michalki. Urzędował on tam w charakterze gospodarza od 2004 roku, zaskarbiając sobie wielkie uznanie odwiedzających. Decyzja ta wywołała ogromne oburzenie.
Martina Marušáková zrezygnowała ze swoich „piekarskich” wycieczek do Chaty Tery’ego właśnie w związku z tą sytuacją. Jak sama wskazuje w rozmowie z dziennikiem „Korzár”, niegdyś miejsce to cechowała autentyczna górska atmosfera pełna przyjaźni – dziś stało się wyłącznie biznesem. Obecnie swoje wypieki nosi do Zbójnickiej Chaty w Dolinie Staroleśnej. W wywiadzie dodaje:
"Oczywiście każda chata musi funkcjonować ekonomicznie, aby działać i służyć ludziom. Ale schroniska zawsze były czymś więcej niż tylko zwykłym biznesem. Są częścią historii, tradycji i wspólnoty ludzi, którzy należą do gór, którzy budowali i utrzymywali je przez dziesięciolecia. Dlatego uważam, że bardzo ważne jest, aby nie zapominać, co czyni schroniska górskie wyjątkowymi. To nie technologia, marketing czy modernizacja jako cel sam w sobie. To ludzie, którzy tu pracują i zaglądają, a także atmosfera, którą razem tworzą. Według mnie turyści nie szukają w schroniskach nowoczesności. Idą tam dla gór, ciszy, spokoju i uczucia, którego nie ma nigdzie indziej. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby schronisko pozostało miejscem, w którym człowiek czuje się akceptowany – nie tylko jako klient, ale przede wszystkim jako człowiek”.
Sama przygoda pani Martiny z przynoszeniem wypieków do schronisk zrodziła się w Chacie Zamkowskiego. Znajomi droczyli się z nią, pytając, czy przyszła z pustymi rękami. Ona z kolei podeszła do tematu bardzo poważnie i następnym razem przybyła tam ze... setką strudli! Z czasem zaczęła dostarczać ciasta do Chaty Tery’ego, zdobywając uznanie i zyskując prestiżowe w środowisku górskim miano „nosicza”.