Diabelski młyn

W Zakopanem stoi sobie wysoki na 45 metrów diabelski młyn i wcale nie zamierza zniknąć, choć inwestor obiecywał, że zabierze je przed zimą. Minął już rok, a koło ma się świetnie. Urzędnicy od budownictwa w Zakopanem twierdzą, że żeby takie koło postawić, trzeba mieć specjalne pozwolenie, ale właściciel koła uważa inaczej. Dlatego sprawa trafiła do sądu.

Cała sprawa (którą przedstawialiśmy już w TYM ARTYKULE) zaczęła się w kwietniu 2024 r., gdy diabelski młyn stanął blisko siedziby TOPR-u przy ul. Józefa Piłsudskiego. Właściciel, firma z Leszna, uważa, że to świetna atrakcja dla Zakopanego. Ale nie wszystkim się on podoba – niektórzy są zdania, że za bardzo rzuca się w oczy, przysłaniając widok na góry. Przy samym stawianiu koła, ludzie dzwonili na policję, lecz funkcjonariusze odesłali ich do właściwych urzędników. Także straż miejska stwierdziła, że to nie miejsce na koło widokowe i powiadomiła nadzór budowlany, gdyż postawienie instalacji złamało zasady dotyczące ochrony zabytkowej części Zakopanego.

Urząd Miasta zaznaczył, że w planach zagospodarowania tego terenu nie przewidziano takich konstrukcji. Uznano wobec tego, że inwestor powinien mieć pozwolenie na budowę, lecz jakoś o nim „zapomniał”. Inwestor się z tym nie zgadza i dlatego sprawa trafiła w sądzie.

Właściciel obiektu zaznaczył w rozmowie z Gazetą Krakowską, że stawiał już takie instalacje w innych miastach, lecz z tego typu problemami jeszcze się nie spotkał. Dodał także, iż mimo obietnic, że diabelski młyn zniknie przed zimą, zmienił zdanie, bo uznał, że demontaż jest za drogi. Nadal twierdzi, że wszystko zrobił zgodnie z prawem i że instalacja przynosi miastu samą korzyść. Co będzie dalej? To już rozstrzygnie sąd.