Pod koniec stycznia 1945 r. Podhale zostało przejęte z rąk hitlerowskich przez radziecką Armię Czerwoną. Siły niemieckiej jednak w dalszym ciągu dość mocno trzymały się na Słowacji, która końcówki lat 30. pozostawała w zależności od III Rzeszy, wspierając ją w także działania wojennych. Nie oznaczało to naturalnie, że wszyscy mieszkańcy tego państwa akceptowali niniejszy stan rzeczy. Wielu z nich poświęciło się walce z nazistami i kolaborującym z Hitlerem słowackim rządem ks. Józefa Tiso. Górski charakter kraju naszego południowego sąsiada idealnie wręcz nadawał się do walki partyzanckiej, z czego synowie i córki tej ziemi oczywiście skrzętnie skorzystali.
29 sierpnia 1944 r. wybucha powstanie antyhitlerowskie, które bardzo szybko rozlewa się po sporej części Słowacji. Chociaż zostaje stłumione już w październiku, to resztki sił ruchu oporu nie ustają w walce. Zmagania zbrojne oczywiście nie ominęły Tatr. Szczególnie intensywne boje toczone były w rejonie Zwierówki w Dolinie Zuberskiej. Tam też do walki ze słabnącymi z dnia na dzień partyzantami zostały wysłane świetnie wyszkolone w walce w terenie górskim jednostki strzelców alpejskich. Intensywne boje toczone były szczególnie zimą 1944/1945.
W końcu czarny scenariusz doczekał się realizacji – słowaccy partyzanci, wspierani przez radzieckich sprzymierzeńców, zostali otoczeni! Bardzo szybko kończyły się zapasy jedzenia, amunicji i leków. Warunki w jakich przebywali członkowie ruchu oporu były niezwykle surowe (przebywali w prymitywnie przygotowanych szałasach). Szczególnie ciężko prezentowała się sytuacja rannych, których wciąż przybywało. Można rzec, że uratować mógł ich jedynie cud.
Słowaków w ich ciężkim położeniu wspierał ich radziecki towarzysz, lekarz Juraj Bernard ps. „Bernat”. Na początku lutego 1945 r. postanowił postawić wszystko na jedną kartę i przedrzeć się na opanowana przez jego pobratymców polską stronę. Przez dwie doby maszerował w śniegu bez jedzenia oraz mapy, kompasu ani właściwego stroju (odziany był w stary kożuch i zniszczone ubranie). Po dotarciu do Zakopanego zawiadomił tamtejsze nowe władze o zaistniałej sytuacji. Nadzieję na ratunek można było pokładać tylko w jednej formacji – w Tatrzańskich Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym.
11 lutego 1945 r. we wczesnych godzinach porannych 14-osobowy zespół pod dowództwem Zbigniewa Korosadowicza ruszył na słowacką stronę. Po dotarciu do Doliny Chochołowskiej obrali kierunek na Przełęcz Łuczniańską, schodząc następnie na słowacką stronę do Doliny Łatanej. Od tego momentu rozpoczęły się wprost mordercze starania, aby nie dać się złapać stacjonującym w okolicy Niemcom.
W godzinach nocnych polscy ratownicy dotarli na stoki znajdującego się nieopodal Zwierówki Przedniego Salatynu. Tam też, w niewielkiej chatce myśliwskiej, znajdował się szpital polowy. Znaleźli tam czwórkę rannych, którymi opiekowała się dwójka sanitariuszek oraz trójka partyzantów. Słowacy byli w opłakanym stanie. Sam ich ubiór pozostawiał wiele do życzenia. Niektórzy nie mieli nawet butów – swoje stopy owijali szmatami, które nijak nie mogły zabezpieczyć przez zimnem (przez to też przypadki odmrożeń nie były ty wcale rzadkie, zaś ewentualne amputacje dokonywano w prymitywnych wręcz warunkach). Wobec zaistniałej sytuacji nie pozostawało na co czekać. O godzinie 3:00 ratownicy wraz z członkami ruchu oporu ruszyli na polską stronę. Niemcy jednak rozstawili tu wcześniej liczne stanowiska, wyposażone między innymi w karabiny maszynowe. Zbigniew Korosadowicz wspomina, że niektóre z nich minęli w odległości zaledwie 150 m! Można rzec, że Polacy ze swoimi towarzyszami przeszli im niemal pod nosami.
Szczęśliwie jednak udało się cało dotrzeć do przez Przełęcz Łuczniańską do Doliny Chochołowskiej, gdzie zameldowali się po godzinie 16:00. Stamtąd już ranni zostali zabrani saniami do szpitala w Zakopanem, gdzie udzielono im dalszej pomocy.
Opisywana akcja do dziś wprawa wzbudza niewiarygodny podziw. Ciężko uwierzyć, ile odwagi i zimnej krwi mieli w sobie uczestnicy tych wydarzeń. Ta niebywała historia została nawet przedstawiona w dwóch produkcja filmowych - polskiej pt. „Błękitny Krzyż” (1955) i czechosłowackiej „Bílá tma” (1948). Turyści, zaglądający w rejon wydarzeń, mogą zajrzeć do stojącego do dziś szpitala polowego lub oddać cześć poległym partyzantom, pochowanym na cmentarzu w Dolinie Łatanej. Warto dodać, że ratownicy TOPR i HZS co roku spotykają się przy krzyżu na wierzchołku Grzesia, aby oddać cześć bohaterom tej nieprawdopodobnej historii.