kolejka na Kasprowy Wierch

Kasprowy Wierch jest obok Giewontu najbardziej znanym w Polsce szczytem. Kolejka, która wynosi na niego turystów, jest owocem konfliktów, kompromisów i marzeń. Jej przeznaczenie do dziś pozostaje tematem żywych dyskusji.

Dziś bardzo trudno wyobrazić nam sobie inne oblicze Kasprowego Wierchu – bez kolejki i punktu, gdzie można wzmocnić siły posiłkami pizzerii znanej sieci. Wszystko, co „wyrosło” na szczycie, jest urzeczywistnieniem pragnień wielu pokoleń, które posiada zarówno zwolenników, jak i otwartych wrogów. Któż jednak choć raz nie skorzystał z kultowych wagoników kolejki lub nie skusił się na odpoczynek w budynku na szczycie?
 
Chwila, w której widzimy świat z wysokości wagonika, to, jakby nie było, możliwość spojrzenia na świat (na góry) z innej, ciekawej perspektywy. Zanim jednak kolejka wyniosła na Kasprowy Wierch człowieka, musiał on najpierw ją samą wydźwignąć na górę na swoich plecach. Każdy element konstrukcji musiał zostać wyniesiony na szczyt przez ludzi, których nazwisk dziś już nie pamiętamy lub w ogóle nie są one znane. Dalsze losy kolejki na Kasprowy i ludzi z nią związanych obfitują w różne wydarzenia.
    
Wspomnieć można na przykład, że podczas drugiej wojny światowej kierownictwo kolejki objął Niemiec. Nakazano wówczas zdjąć ze ściany budynku wykutego w brązie orła a także tablice, na których widniały przekroje lin nośnych. Gdy polska załoga dowiedziała się o tym, elementy te zostały ukryte w szybach ciężarów napinających. Po wyzwoleniu symbole te zajęły swoje pierwotne miejsce. Podczas okupacji w pamięć zapisały się także inne znamienne wydarzenia, jak na przykład wręczenie przez niemieckiego oficera historycznych 20 fenigów konduktorowi, który pieniądzem tym pogardził i go wyrzucił. Jak się później okazało, wręczającym był sam Hans Frank, gubernator GG.
    
To tylko urywek w bardzo ciekawej historii kolejki na Kasprowy oraz ludzi z nią związanych. Nie można zapomnieć również o ludzkich istnieniach, które ciężka praca przy konstrukcji pochłonęła. W grudniu 1939 roku, w czasie przeglądu podpór, zginął porwany przez lawinę konserwator Bryja (stąd dzisiejsza nazwa Żlebu Bryi). Trzy lata później podczas przeglądu pracy rolek wagonowych życie stracił konduktor Roszek, gdy usłyszawszy ich nieregularną pracę, wyszedł na dach wagonika, skąd został strącony przez podporę, którą właśnie wagonik mijał. Podobne okoliczności doprowadziły do śmierci konduktora Gazdy; przy wymianie liny w 1956 roku zginął konduktor Miller. Obsługa kolejki stanowiła bardzo zgrany zespół, który zajmował się kolejką nie tylko w dobrych czasach, ale też wówczas, gdy pracownikom okresowo nie wypłacano zarobków. Zespół łączyło przywiązanie do Tatr, wiatru i górskiego żywiołu. Do dziś co roku, 8 maja, załoga Kasprowego obchodzi swoje nieoficjalne święto.

Korzystając dziś z kultowej kolejki można wspomnieć o ludziach, którzy związali się ściśle z ekstremalnymi warunkami pracy przy obsłudze konstrukcji. Dziś stan techniczny kolejki jest ściśle kontrolowany i jest ona bezpieczna. Dla turystów funkcjonują nowoczesne, regularnie konserwowane wagoniki.  Pamiętajmy jednak, że jak każda idea, która obraca się w rzeczywistość, kolejka powstała nie bez poświęceń ludzi pasji, którym należy się szacunek i wdzięczność.

Na zdjęciu: Transport części składowych roboczej kolejki linowej – koło zębate wyciągarki. Zdjęcie z roku 1935.