To jedna z tych opowieści, które mimo upływu lat nie przestają zdumiewać. Skala nieszczęścia, jakie się wówczas wydarzyło, jest niepojęta i w przerażający sposób przypomina o potędze gór. Ale – jak prawie zawsze w przypadku tragedii wysokogórskich – kluczowy okazał się czynnik ludzki. Tak liczna, bo aż trzynastoosobowa grupa, nigdy nie powinna tego dnia znaleźć się na szlaku.
Decyzją Mirosława Szumnego, nauczyciela z I Liceum Ogólnokształcącego im. Leona Kruczkowskiego w Tychach, grupa – w skład której oprócz niego wchodziło 10 uczniów, brat jednego z nich oraz drugi opiekun – wyruszyła na Rysy około godziny 6:30 ze schroniska nad Morskim Okiem. Co warte odnotowania, tuż przed wyjściem nauczyciel rozmawiał z Włodzimierzem Cywińskim, legendą ratownictwa tatrzańskiego. Cywiński stanowczo odradzał wycieczkę: w Tatrach obowiązywał wówczas drugi stopień zagrożenia lawinowego, przez całą noc padał śnieg, a do gór zawitała gwałtowna odwilż. Dodatkowo grupa była zbyt duża i nie znajdowała się pod opieką licencjonowanego przewodnika. Nauczyciel, który aspirował do tej roli, ufał swojemu doświadczeniu z Alp i faktowi, że dzień wcześniej bezpiecznie wprowadził na szczyt pierwszą część uczniów.
Około godziny 11:00, gdy uczestnicy wycieczki pokonali już znaczną część trasy, potężna lawina ruszyła z charakterystycznej rysy przecinającej urwisko najwyższego szczytu Polski. Rozpędzone masy śniegu przebyły drogę około kilometra i z impetem uderzyły w zamarzniętą taflę Czarnego Stawu pod Rysami. Dramatyczną wiadomość przekazał do TOPR kolega licealistów, który obserwował zejście lawiny z dołu. Informacja była paraliżująca: na drodze żywiołu znalazła się prawie cała grupa. Tylko nauczyciel i trójka podopiecznych znajdowali się w chwili obrywu powyżej toru lawiny.
Do akcji natychmiast ruszył śmigłowiec, transportujący kolejnych ratowników. Na czele ekipy stanął naczelnik TOPR, Jan Krzysztof. Ratownikom udało się szybko odnaleźć żywą dziewczynę, która mimo pokonania z lawiną ogromnego dystansu, nie została głęboko przysypana. Chwilę później odkopano jednego z uczniów – po reanimacji udało się przywrócić mu funkcje życiowe. Kolejna odnaleziona osoba, 22-latek, niestety już nie żyła. Mimo zaangażowania ratowników, psów oraz pracowników TPN (w tym ówczesnego dyrektora, Pawła Skawińskiego), kolejne godziny nie przynosiły przełomu. Psy podjęły trop prowadzący w stronę jeziora, co potwierdziło najgorszą hipotezę: lawina wciągnęła młodych ludzi pod lód.
Z każdą godziną pogoda się pogarszała – deszcz przeszedł w kurniawę, a widoczność spadła do zera. Ze względu na ryzyko kolejnych lawin, o godzinie 17:00 przerwano poszukiwania. Stało się jasne, że od tej pory ratownicy będą szukać już tylko ciał. W międzyczasie w Tychach powołano sztab kryzysowy, a bliscy ofiar wyruszyli autokarami pod Tatry.
Następnego dnia warunki były jeszcze gorsze (ogłoszono trzeci stopień zagrożenia). Włodzimierz Cywiński, oceniając sytuację z Buli pod Rysami, stwierdził krótko: „Jest strasznie”. Nurkowie i strażacy uznali, że akcja pod wodą jest niemożliwa. Dodatkowo w śmigłowcu TOPR awarii uległy oba silniki, co zmusiło pilota do ryzykownego lądowania w Murzasichlu. Akcję zawieszono.
Ciała ofiar odnajdywano sukcesywnie przez kolejne miesiące, wraz z roztapianiem się śniegu i lodu – ostatnich zmarłych znaleziono dopiero w czerwcu. W 2006 roku Mirosław Szumny został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Tragedia ta do dziś pozostaje przestrogą przed lekceważeniem komunikatów lawinowych, a jej pamięć utrwalił film „Cisza” z 2010 roku.