Grupka trzech osób z Gdyni postanowiła tego dnia wyruszyć z Doliny Pięciu Stawów na Szpiglasową Przełęcz, mimo że warunki były bardzo ciężkie. Padał śnieg, wiał silny wiatr, a trasa cechowała się wysokim zagrożeniem lawinowym.
W efekcie ich nieroztropnego zachowania doszło do tragedii. Gdy turyści znaleźli się już całkiem blisko przełęczy, wyzwolili lawinę, która porwała całą trójkę. Jednemu z nich udało się utrzymać na powierzchni i pobiec po pomoc do schroniska. Dwaj pozostali zostali głęboko pod śniegiem.
W kierunku zasypanych natychmiast ruszył ratownik dyżurny wraz z pracownikiem schroniska. W Zakopanem niezwłocznie sformowała się grupa pod dowództwem samego naczelnika TOPR, Jana Krzysztofa, która w błyskawicznym tempie dotarła do Pięciu Stawów. Niestety okazało się, że śmigłowiec ratunkowy nie może wystartować z przyczyn technicznych. TOPR poprosił o pomoc Straż Graniczną. Niestety maszyna pograniczników również nie mogła zostać użyta, ponieważ warunki pogodowe na to nie pozwoliły. Pozostało dotrzeć na miejsce pieszo.
Tymczasem ekipa, która wcześniej wyruszyła ze schroniska, odnalazła obydwu turystów. Niestety już nie żyli. Ratownicy pod dowództwem naczelnika, mimo iż wiedzieli, że idą już tylko po ciała, nie zawrócili. Zapadł zmrok. Wybrano trasę, która miała pozwolić na dotarcie na lawinisko przez relatywnie bezpieczny teren – jak się okazało, tylko pozornie. Nikt z ratowników, którzy przecież dysponowali ogromną wiedzą na temat lawin, nie spodziewał się tego, co wydarzyło się chwilę później. Zeszła lawina, która przykryła śniegiem całą grupę ratowników TOPR.
Część z nich odkopała się sama. Inni pomogli wydostać się kolegom, w czym bardzo pomogło światło czołówek rozchodzące się spod śniegu. Niestety wciąż brakowało dwóch osób: 29-letniego Marka Łabunowicza i 24-letniego Bartka Olszańskiego. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania.
Po chwili odnaleźli Marka. Brak tętna – konieczna reanimacja. Dzięki szybkiej akcji udało się przywrócić bicie serca, ale stan ratownika był nadal krytyczny. Zapadła decyzja o przetransportowaniu go do schroniska, gdzie czekał na niego lekarz. Po 15 minutach pod śniegiem znaleziono także Bartka. Niestety już nie żył. Dodatkowo cały czas wisiało zagrożenie kolejną lawiną – naczelnik zarządził ewakuację do schroniska.
Tam przez kilka godzin trwała dramatyczna walka o życie Marka Łabunowicza. Niestety ok. godziny 21:30 lekarz stwierdził zgon… Dwaj ratownicy i dwaj turyści – to tragiczny bilans tego dnia…
Bohaterscy ratownicy zostali pochowani z honorami na Pęksowym Brzyzku. Za wybitne poświęcenie pośmiertnie odznaczono ich Złotymi Krzyżami Zasługi.
Marek Łabunowicz, zwany przez przyjaciół „Mają”, stał się pełnoprawnym członkiem TOPR w 1992 roku. Do chwili śmierci uczestniczył w ponad 40 akcjach ratunkowych. Na Podhalu znany był jako niezrównany muzykant, który udzielał darmowych lekcji gry na skrzypcach. Występował ze sławami polskiej muzyki (między innymi z Marylą Rodowicz). Prywatnie, poza górami, pasjonowało go spadochroniarstwo i nurkowanie. Pozostawił żonę oraz 3-letnią córkę, które pielęgnują pamięć o bohaterskim mężu i ojcu.
Bartek Olszański złożył przysięgę w 1999 roku. Chociaż był pełnoprawnym ratownikiem zaledwie 3 lata, wziął udział w około 50 akcjach ratunkowych. Przyjaciele wspominają go jako człowieka wielu pasji. Poza górami uwielbiał sztukę i filozofię. Dowodem jego wszechstronności jest fakt, iż studiował dwa zupełnie różne kierunki – leśnictwo i polonistykę.
